Zmiana

Jeden z największych lęków ludzkości – obawa przed zmianą. Że dotychczasowy układ odejdzie i nastąpi nowe. Nieznane. Pytanie – skąd się wzięło tak silne przywiązanie do stałości, jakiegoś status quo. Daje poczucie bezpieczeństwa? Trudno powiedzieć, przecież w naturze człowieka leży wielka chęć transgresji, odkrywania, stawiania czoła wszelkim wyzwaniom i przeszkodom. Nasz mózg tylko na to czeka. A może nie każdy człowiek tak ma? Może cześć woli tkwić w miejscu? Jednak czy to wynika z ewolucji, nazwijmy ją biologicznej, czy z głęboko utrwalonych przekonań?

Spójrzmy wstecz w historię ludzkości, tę z przedrostkiem „paleo”. Setki tysięcy, a może i miliony lat żyliśmy prawie jak zwierzęta. Ale w odróżnieniu od nich nie byliśmy terytorialni, to trochę dziwne, lecz to właśnie świadczy o tym, że nasza natura jest inna. Owszem, są zwierzęta wędrujące, weźmy nawet ptaki, które odlatują na zimę, albo wielkie migracje w Afryce. Ale wszystkie gatunki gdzieś wracają, cyklicznie lub z końcem życia. A człowiek nie. Nie mamy takiej „tendencji”. Chcemy iść zawsze do przodu. Coś nas powstrzymuje. Coś nas blokuje. To prosta droga do depresji.

Wiadomo, że kilka tysięcy lat temu miała miejsce tak zwana „rewolucja neolityczna”. Coś nam kazało porzucić tułaczy tryb życia, myślistwo i zbieractwo, oraz osiąść w jednym miejscu, zająć się hodowlą zwierząt i uprawą roślin. A może nie coś, tylko ktoś? I rzecz jasna w jakimś – sobie znanym – celu. I raczej nie dla naszej wygody. Jest o tym w wielu mitach „założycielskich” różnych systemów wierzeń, nawet w Biblii – raj utracony, Kain i Abel, i tak dalej. A więc przyszła do nas jakaś władza, która obiecała nam coś, ale jednocześnie dała jakieś nakazy, za których łamanie groziły surowe konsekwencje.

Możliwe, że za ową władzą stoją jakieś nieznane siły, natomiast ma ona na pewno swoją reprezentację na ziemi. Zdarza się, że samozwańczą, uzurpatorską, podszywającą się pod jakąś wielką zwierzchność. A może nie tyle się tak zdarza, co po prostu tak zawsze jest, że władzy innej nie ma, niż ta pożądana przez zwykłych ludzi, których nazywamy liderami, przywódcami, sami ich później zresztą wybieramy i chętnie wypełniamy jej zalecenia – licząc na co? Na owo poczucie bezpieczeństwa? Szybko okazuje się, że władza, która obieca nas bronić szybko nas rozbraja.

Dla podtrzymania swoich wpływów władza ustala zasady. Są one owocem jakiegoś układu, w którym znajdują się obie strony – w sensie rządzący i rządzeni – wzajemnych relacji i oczywiście celów – władza wmawia wszystkim, że są one wspólne. Można więc powiedzieć, że w momencie ustanawiania zasad mają one jakiś cel, a więc funkcję. Stąd w socjologii mówi się o podejściu funkcjonalnym. Jest to wygodne, kiedy każde zachowanie można jakoś wyjaśnić, podać praktyczne strony działań, kierunki, zidentyfikować potrzeby, jak i możliwości. Wszystko przy tym jest logiczne.

Jednak wszystko się, nomen omen, zmienia – otoczenie, relacje. Zamknięty układ jest coraz trudniejszy do utrzymania, gdyż zawsze działać będzie jakiś czynnik zewnętrzny. Chyba, że ktoś będzie chciał zbudować bardzo mocną strukturę. I tu pojawia się kolejne słowo klucz i kolejny termin stosowany w socjologii – strukturalizm. Owa struktura nie oznacza oczywiście jakiejś budowli, choć i to się zdarza, raczej pokazuje wspomniany już układ zależności, jednak taki, który z czasem stracił swój pierwotny sens i cel; w dobie zmiennego otoczenia wciąż trwa niezmiennie licząc na to, że się sprawdza.

Pod koniec XIX wieku, kiedy rodziła się socjologia jako nauka oba wspomniane podejścia były w użyciu, zresztą są do tej pory, także w wersji mieszanej jako model strukturalno-funkcjonalny. To wygląda na rozpaczliwą próbę dopasowania aparatu badań do rzeczywistości. I tak faktycznie jest. Gdyż socjologowie z coraz większym przerażeniem obserwują, że ludzkość tkwi w bardzo skostniałych strukturach i tylko przypadkiem pojawia się czasem jakaś funkcjonalność. Filozofowie, w tym pragmatycy, też zwracają na to uwagę. A żeby było śmieszniej panuje obecnie jakiś nowy egzystencjalizm.

Jest to rzecz jasna postawa bierna. Czy wynika to z powracającego jak mantra „poczucia bezpieczeństwa”, czy z jakiejś wygody, albo z tego lęku przed nowym – to nie jest ważne, bo wpoiła nam to władza. Tak. Już nawet przestaliśmy na to zwracać uwagę. Tak żyjemy, bo tak zawsze żyliśmy. Tłumaczymy się tradycją. Ale ona jest też wytworem władzy, jej utrzymania. Mówi się – możesz być każdym. I to też nie jest prawda, bo zakłada istnienie wzorców. Otóż możesz wszystko, jako ty. Wszystko czego chcesz. Nie musisz przy tym być kimś (struktura), ale masz dążyć do realizacji pragnień (funkcja).

Nie istnieje więc coś takiego, jak zmiana, bo zakłada właśnie strukturę, etap, jakąś tam piramidę, hierarchię. Jest nieustający postęp. Nawet, jeśli ma jakieś stopnie, to powinny być niewielkie, jak schodki, które pokonujemy zazwyczaj po kilka na raz. Tak jest nawet lepiej, niż gdyby miała to być wirtualna rampa o stałym nachyleniu. Tutaj jeden błąd powodowałby stoczenie się z powrotem, jak w micie o Syzyfie. Muszą być te półmetki, nawet jeśli nie ma mety. Kolejne poziomy, które będziemy osiągać każdy w swoim tempie, według chęci i możliwości. I każdy niech ma własne. Nie patrzmy na innych.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s