Wieża Babel

Jedną z najbardziej znanych i często interpretowanych, szczególnie w twórczości artystycznej, jest biblijna opowieść o wieży Babel (Rdz. 11, 1-9). W skrócie – dla tych, co nie znają, choć pewnie takich TU nie ma, więc dla przypomnienia – pewien liczny lud uznał, że zbuduje sobie miasto, w nim wieżę sięgającą nieba, która będzie ich znakiem. Celowo piszę to w takim skrócie, bo uważam (i nie jestem w tym zdaniu odosobniony – jest to dla wielu badaczy oczywiste), że abstrahując od tego, że Pismo powstało samo w sobie jako wielka metafora, to przez tysiąclecia było zmieniane (w celach wiadomo jakich – dopasowanie dla zdobycia władzy), błędnie tłumaczone i źle interpretowane.

Czyszcząc więc kontekst z naleciałości kulturowych i cywilizacyjnych oraz tnąc brzytwą antropologa staje się jasne, o czym mówi i przed czym ostrzega ta piękna acz krótka historia. Prześledźmy po kolei dzieląc ją na etapy: – zbyt duża grupamaterializmosadawieża (znak). Dlaczego Wszechmogący uznał to wszystko za „niewygodne”, szkodliwe i dla siebie, i dla ludzkości, którą przecież sam stworzył i ukochał? Cała sprawa jak najbardziej zaczyna się w Raju, gdzie po zjedzeniu owocu wiadomości złego i dobrego (wiedza!) człowiek stał się nieszczęśliwy… po prostu… Później był potop, kiedy to Bóg uznał, że ludzkość zmierza w bardzo złym kierunku. Podobnie było i tym razem.

Zbyt duża grupa – tłum – rządzi się swoimi, dziwnymi prawami. Umysł jest wypierany w nicość (dosłownie) – a więc podatny na zawładnięcie. Kto wie, czy rzeczywiście byty złe, niematerialne, mają wtedy swoje pięć minut. Historia świata pokazuje mnóstwo takich zdarzeń. A więc – stanem optymalnym okazuje się być para – ewentualnie rozszerzona, czyli rodzina, ale tylko ta najbliższa. Więzy krwi są silne, lecz na nich powinno się kończyć jakiekolwiek powiązanie – o czym już pisałem. Stosunki między takimi grupami powinny się ograniczać tylko i wyłącznie do koniecznej współpracy bazującej nie na wspólnym celu, tylko na zrozumieniu i akceptacji (czyli nie tylko na tolerancji).

Materializm – przeniesienie wartości. Człowiek jest istotą duchową i w tym wymiarze powinien skupiać swoje działania. Nie są to tylko „emocje” i „umysł” – to rzeczy wtórne, emanacje ducha – On na poziomie czystym ma zdolność przyciągania, jednoczenia; stawania się jednym; najpierw stworzeń między nimi, potem ich z absolutem. On do tego zdaje się dążyć. Wszystko ponad Go – a więc rzeczy, przedmioty (nie-stworzenia) są tylko przeszkodami. Zakłócają ów naturalny pęd, rozpraszają. Rozmnażają… Tak, bo rosnąc w liczbę ludzkość wcale nie powiększa „bazy” dusz, tylko dzieli ją na coraz mniejsze elementy, a rzeczy, nie-byty, wikłają te cząstki, oddalają je od (Naj)Większej Całości.

Osada – osiadły tryb życia – przywiązanie do „ziemi”. Bóg to wielokrotnie powtarza. „Idź”, „pójdź”, to najczęściej występujące w Piśmie słowo, zaraz po zwrocie „nie lękaj się”, ściśle zresztą związanym z tym pierwszym. I nie chodzi tu o jakiś spacer, zdobywanie TEJ ziemi, jak sobie tłumaczyli niektórzy władcy, tylko o „przekraczanie siebie”, rozwój zamiast stagnacji. Ciągły ruch – ku „górze”. Bez pośredników! Przepraszam, jeśli komuś zrujnuję system, ale przecież to też jest cały czas podkreślane, że relacja człowieka z Bogiem może być – MUSI być – bezpośrednia. Trzeba chodzić z Bogiem (kimkolwiek jest), iść z Bogiem, być blisko Boga, nie zostawać w miejscu, nie osiadać, nie gromadzić rzeczy!

Wieża – znak. Metafora pozornej wartości – idola! Ileż mamy przejawów tej działalności w dzisiejszych czasach. „Zabiliśmy” Boga prawdziwego, więc szybko w Jego miejsce tworzymy sobie jakieś kulty – w tym ideologie. Idolologie. Systemy, znaki, słowa. Już od jakiegoś czasu filozofię zastąpiła filologia – zamiast rozumieć źródła, idee, jak mówił Platon, zaczęliśmy posługiwać się abstrakcjami, uproszczeniami, tworząc przy tym jakieś nowe konglomeraty i doszukując się związków tam, gdzie ich nie ma. Nigdy nie było, bo to wszystko wymyśliliśmy my, ludzie (tacy malutcy w obliczu Najwyższego, patrz Wj 33, 20), niby dla ułatwienia „zrozumienia”, ale skaziliśmy tę drogę pułapkami ego, władzy.

Pomieszanie języków. A przecież – rozumiemy się bez słów. Czyż nie to powtarzamy w odniesieniu do jakiejś bliskiej nam osoby, nierzadko tej jedynej, ukochanej; pamiętając, że nie chodzi tu tylko o fizyczną stronę miłości, pożądanie, pragnienie tak zwanego „przedłużenia gatunku”, tylko o prawdziwą unię duchową, czyli jak najbardziej przyjaźń. Człowiek wynajdując język pozbawił się zdolności telepatii, przy okazji upośledzając tak ważną empatię, fantomowy ślad po pierwotnym zjednoczeniu umysłów. Czy staliśmy się lepsi od zwierząt? Szczęśliwsi? Wiadomo, że nie. Kwestia tylko jak „wrócić” do źródła? W sensie – nie cofając się, tylko zataczając koło. Jak odnaleźć drogę?

Musimy, jako ludzkość, dojść do tego poziomu, że nie będziemy budować rzeczy z rzeczy. Tę powszechną ekstrawersję musimy szybko zastąpić introwersją, a właściwie odwrócić kolejność. Najpierw wejść w siebie i dopiero próbować powoli wychodzić na świat. Ostrożnie, powoli. Początkowo samemu, później, dużo później, z kimś za rękę – nie w tłumie, nie w ludzkiej rzece. Fakt, że musimy funkcjonować obecnie w jakiś systemach (społeczeństwo) i schematach (tradycja) nie zmusza nas wcale do pełnego oddania się tym tworom. Musimy udawać, niestety. Musimy jakoś wypełniać powierzone role, wciąż ciągnąc ten wózek – to ewolucja. Nie możemy dopuścić do rewolucji, zniszczenia.

Nasz rozum powinien być wciąż nastawiony krytycznie, cały czas podawać wszystko w wątpliwość, ale przyjąć jakieś „robocze” konglomeraty – tylko na tyle, żeby móc jakoś funkcjonować w tym czasie i miejscu, jakie nam zostało dane. Bunt nic nie da, wystarczy świadomość, że rzeczywistość to iluzja – abstrahując od tego, czy to „Matrix”, czy inne „galaktyczne zoo” – to w ogóle nie jest dla nas ważne. Rzućmy to. Nie ma co skupiać się na tej powierzchowności, a już w ogóle nie wolno jej badać, zgłębiać – bo jaki to miałoby sens? Wiem, wiele osób tak robi – specjalizując się przy tym w coraz bardziej abstrakcyjnych dziedzinach – tracąc swój czas i zasoby, marnując potencjał, nieprawdaż?

Wzajemność i współpraca– co łączy te stany ducha? Otóż większość z nas myli (znów się kłania wspomniana wyżej „językowość”) te określenia z zastępczymi nowo-wartościami, które zostały do nich przypisane; które je zbrukały. Wzajemność nie znaczy „ja tobie dam coś w zamian za to, co ty dałeś mi”. To jest handel, warunkowość, to nie powinno występować. Wzajemność to bezwarunkowe otwarcie się na jakiś problem, szukanie rozwiązania, wspólnej drogi, która nas połączy – i tu dochodzimy do współpracy. Wspólnej pracy. I też nie chodzi tu, jak rozumiemy to dziś, żeby orientować się na cel, tylko o to, żeby iść tą samą drogą. Nie chodzi o to, żeby wygrać, tylko żeby grać – dobrze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s