Nadzieja

„W życiu piękne są tylko chwile” śpiewał Marek Grechuta. Miał rację. Choć trenerzy życia i filozofowie niekiedy przekonują nas, że trzeba się cieszyć tym życiem, każdą chwilą – może każda miałaby być piękna, doceniać tak zwane „małe rzeczy„, to okazuje się, że prawdziwie znaczące momenty to te, które częściowo realizują nasze skryte pragnienia lub zbliżają nas do ich realizacji. Reszta, to czas oczekiwania wypełniany przez nas sztucznymi przyjemnościami, zapchajdziurami, spędzaniem, znieczulaniem.

Dużą rolę w tym procesie oczekiwania ma nadzieja – ponoć umiera ostatnia. Tak, wraz z ciałem. Nie ma człowieka, nie ma ciała, więc jego nadzieje znikają, a właściwie nadzieja, bo tak jak najbardziej skrywane, konstytucyjne pragnienie, jest tylko jedna. Warto jednak walczyć do końca, chociażby dlatego, że będzie to tak naprawdę nowy początek, a to, co zdążymy zrobić tu, na ziemi, będzie miało spory wpływ na wieczność. Wejdziemy w nią przygotowani, uświadomieni i wolni. I nikt nie mówi, że będzie łatwo. Poza tym – przecież nie jesteśmy sami

W kontrze do nadziei stoi niepewność, o której już pisałem. Ale tym, co mnie akurat trzyma przy życiu (raczej w przenośni to mówię, jak ktoś miałby się obawiać), jest ciekawość. Rodzaj otwarcia na przyszłość. Osiągnięcie tego stanu nie jest wcale takie łatwe – i tu nie chciałbym się chwalić – bo wymaga pewnej odwagi, choć bardziej bym nazwał ten stan – „niczego się nie boję”. Tak rzeczywiście jest. Nie boję się niczego, bo nie boję się śmierci. Nie boję się o nikogo, bo wiem, że kiedyś się spotkamy. Nie boję się o przyszłość, tylko czekam – z ciekawością i nadzieją – co przyniesie. Z pewnym wręcz podekscytowaniem. Tak, traktuję to jako rodzaj wyzwania.

Może stąd tyle modnych „czelendżów”, nawet na tym głupim facebooku. Trenujemy… Chcemy jakoś się uodpornić – to samo zresztą robi w sferze mentalnej nasza wyobraźnia i sny – tylko teraz przenosimy to do sfery materialnej – taka tendencja, takie czasy. Mnie wystarczy jednak psychiczna gotowość na to, co mnie czeka. Przy tym cieszę się każdym dniem, jestem wdzięczny za to, co mam, potrafię też zaakceptować stratę, bo jak się zawsze okazywało – zmiana, ta pozornie na gorsze, prowadziła do czegoś lepszego. A rozważanie tego, co było, a co mogło być, i „co teraz będzie” nieuchronnie prowadzi do postawy, czy nawet choroby, zwanej depresją.

Wielu filozofów podkreśla (mój ulubiony – Aldous Huxley), analizując pokrewne tematy egzystencjalne, rolę czasu i podejścia do niego, które zmienia się zależnie od kultury – no i od niego samego – czasu. Ponoć sposobem na jego „zatrzymanie” jest uświadomienie sobie, że jego upływ jest nieunikniony, nie skupianie się na nim – za pośrednictwem chociażby oderwanego od „tu i teraz” planowania (czyli z wyjątkiem prostej optymalizacji codzienności dającej w wyniku więcej czasu), czy spędzania, czyli „aktywnego czekania„. Niestety dla niektórych to spędzanie staje się celem samym w sobie, sposobem na życie. Czekają na jakąś magiczną odmianę losu, która nigdy nie nadejdzie. Nie ma co czekać, naprawdę, nie ma też na co. To jest śmierć za życia. A ono jest jedno, ona jest nieuchronna, a co potem? Ciekawe…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s