Samorozwój

Czyli pułapka Apollina.

Dlaczego „upadła” cywilizacja starożytnej Grecji? Być może dlatego, że posiadła zbyt dużą wiedzę, żeby ją udźwignąć, jako zbiór uzależnionych od siebie jednostek. Oczywiście wśród nich zdarzały się wyjątki, jak nasz patron Sokrates, które wyszły poza pewien poziom świadomości i zrozumiały, że pogoń za taką wiedzą donikąd nie prowadzi. To znaczy, nie prowadzi do niczego… dobrego. Istnieje na to wiele dowodów w historii, w których najważniejszy jest fakt, że dana wiedza osiągnięta w pewnym momencie przez jakąś grupę była ułudą: wykorzystaną  źle na skutek braku horyzontu, zbytniego skupienia na jakimś sztucznym celu, z powodu uzurpowania sobie prawa do nieomylności, przekonania o wynalezieniu wytłumaczenia, teorii wszystkiego, „ostatecznego rozwiązania”, a tak naprawdę zaślepienia narcystyczną dumą i pychą spowodowaną galopują inflacją zbiorowego ego.

Brak sensu.

W życiu każdego człowieka, grupy, społeczeństwa itd. zawsze nadchodzi moment refleksji, że to, co zostało zbudowane do tej pory, nie ma tak naprawdę sensu. Cała kariera, osiągnięcia „naukowe”, sukcesy społeczne, poziom bogactwa – w perspektywie wieczności kompletnie nie ma znaczenia. Rozwijamy się, osiągamy cele – do walki o które zachęca nas materialistyczna cywilizacja wyzysku – ale dalej nie ma nic *). Pustka. Depresja. Pojawia się pytanie – a może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Słuszna opcja, tylko dlaczego tak późno? Daliśmy się wkręcić w tak zwaną „kulturę”. Uwierzyliśmy, że być człowiekiem, to „coś więcej” (a jest to jedynie, charakterystyczny nie tylko dla nas, mechanizm ewolucji – dominacja silniejszych celem przekazania lepszych genów). Uwierzyliśmy, że jest jakiś nadnaturalny „postęp” **) i osiąganie go to nasz święty obowiązek. Nic bardziej mylnego. Na pewno nie w popularnym ujęciu tego słowa.

W objęciach Dionizosa.

Drugi biegun – wieczna zabawa, nie ma znaczenia, czy kosztem innych. Bo koszty są zawsze, jeśli człowiek funkcjonuje w grupie. Jesteśmy powiązani, chcąc nie chcąc „wchodzimy na siebie”, nasze „wolności” przenikają się. Niektórzy (cwaniacy) mówią, że ludzi jest za dużo, choć moim zdaniem człowieki niepotrzebnie wytwarzają aż tak rozrośnięte skupiska – teoretycznie kiedyś miało to służyć zwiększeniu komfortu życia, bezpieczeństwa, natomiast stały się wylęgarniami wszelkich patologii. Pisał o tym Rousseau. Miasta to zło, ale czasem nie ma wyjścia… A może człowiek nie ma odwagi, nie ma siły żyć inaczej? Jednostka świadomie (lub nieświadomie – niestety chyba w większości przypadków tak jest – wzorce, schematy) poddaje się zbiorowości, bo woli zniknąć w tłumie, niż wziąć odpowiedzialność za siebie. Ale jest nadzieja. Internet. Automaty. Wykorzystajmy te zdobycze techniki, żeby powrócić do źródeł, mieć czas na bezpośrednie relacje, a rozwój cywilizacji – codzienności – zostawmy w świecie wirtualnym, w który nie będziemy musieli w ogóle wchodzić. Lodówka sama zamówi brakujące produkty, a dron przywiezie je nam pod drzwi… Taki sens rozwoju AI jest O.K.

Złoty środek.

Wynalazek bardzo stary, niemal jak świat, starszy od pierwszych bóstw. Szacunek do natury. I nie mówię tu o jakiejś walczącej ekologii, przykuwaniu się do drzew i kupowaniu aut elektrycznych czy pierdzeniu do pieca. Nie tędy droga. Weźmy na przykład psy i ich właścicieli. Przekonanie, że biedne bezdomne pieski trzeba ratować i znajdować im dom. Naprawdę? Przepraszam, ale to jest chore. A to niejedyny przykład na to, jak bardzo zmieniamy naturę kierując się „inną”, ludzką perspektywą. Uwielbiamy przypisywać przyrodzie, w tym głównie zachowaniom zwierząt, cechy typowe dla naszego gatunku. Nie umiemy, nie chcemy, bo to trudne, przyjąć bardziej ogólnego, mniej oceniającego i szufladkującego spojrzenia.

Zresztą…

Przeświadczenie, że każdy (pies) musi mieć jakiegoś pana jest jaskrawym przykładem obsesji naszego gatunku. Czy w takim razie rzeczywiście zostaliśmy „stworzeni”; z góry tak zaprojektowani, żeby tęsknić za jakąś podległością, hierarchią, poddaństwem, a w razie jej braku – szukać albo cierpieć i się znieczulać. Czy może błędnie interpretujemy silną choć wypieraną (w zderzeniu z zaszczepionymi schematami) potrzebę niepohamowanej bliskości, „słodkiego” uzależnienia, jedności-wspólnoty dusz i ciał? Osobiście skłaniam się ku tej drugiej opcji. Ale są tacy, którym zależy, żebyśmy „wierzyli” w tę pierwszą.

Lepiej nie wiedzieć?

Lepiej. Zdecydowanie. Proste życie, to życie szczęśliwe. „Mniej wiesz – lepiej śpisz” z jednej strony, „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” z drugiej. Ale jak się bronić przed zalewem informacji – dzisiejsze czasy tego nie ułatwiają? To proste, nomen omen. Bawić się tym. Ironizować. Mieć ograniczone zaufanie do „wyników badań”, „nowych odkryć”, „amerykańskich naukowców”. A najlepiej w ogóle olać wszystkie te „intelektualizmy” i stosunki oparte na wiedzy-władzy i zająć się prostymi rzeczami sprawiającymi przyjemność. Ale nie samemu, bo wtedy żadna to radość. Najwięcej przyjemności sprawia przecież przeżywanie czegoś ekscytującego wspólnie, w parze, w rodzinie. A ze znajomymi… Tylko jak nie ma nic lepszego do roboty.

Wiedza a mądrość.

Ulubiona – w sumie dychotomia – filozofów i nowoczesnych psychologów, szczególnie modnego ostatnio Biona. Wiedza sama w sobie może być tylko „o czymś”, a nie taka, którą integrujemy w sobie i przyczyna się ona do zmiany naszej osobowości. Często wiedza jest formą kolekcjonerstwa (faktów), a znów kolekcjonerstwo jako takie bywa formą obrony przed światem – wyjściem w chaos, odpowiedzialność. To też niezbędny etap rozwoju na przykład u nastolatków – więc każdy z nas kiedyś to przepracowywał. Natomiast „jak żyć”, najlepiej DOBRZE dla siebie i innych, to zupełnie odmienny rodzaj wiedzy, egzystencjalny i wewnętrzny, którego nie da się wykuć na blachę, czy wpuścić jednym uchem i wypuścić drugim, nie, trzeba doświadczyć i zutylizować. Tak powstaje mądrość. Jej osiąganie (czasownik niedokonany celowo, bo to nieustający proces) to droga (nie cel) samorozwoju.

***

*) Doskonałą parafrazą opisanej sytuacji jest (trochę niedoceniony, a na pewno już zapomniany) film Alexa Proyasa „Dark city” („Mroczne miasto„) z 1998 roku. Tylko proszę, nie czytajcie recenzji, opisu, opinii, po prostu obejrzyjcie – efekt murowany. Mówi się, że obraz ten w pewnym zakresie (głównie plastyka) zainspirował braci Wachowskich do nakręcenia pierwszego Matrixa – trudno powiedzieć, bo daty premier obu filmów są bardzo bliskie. Może twórcy obu filmów (pochodzący z Australii) zostali ofiarami tych samych potworów wyłaniających się ze zbiorowej nieświadomości.

**) Epoki apollińskie i dionizyjskie następują na przemian. Trudno mówić o jakimś postępie – w zasadzie miotamy się między rozumem a sercem. Widać – taki jest plan. Raz klasyka, raz „rokokoko”. Pozytywizm i Romantyzm. Oświecenie i Średniowiecze. Światło i mrok? Niekoniecznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s