Dotyk

Dziwne rzeczy się dzieją na świecie, a może tylko mnie się tak wydaje. Już się gubię w tych wszystkich doniesieniach to o nowych „odkryciach”, to o spiskach (teoretycznych), nie wspominając nawet kolejnych sporów, konfliktów zbrojnych i katastrof. Sokrates ostrzegał przed nadmiarem (zbędnej) wiedzy i miał rację. Są jednak całe grupy ludzi, którzy z lubością (?) oddają się wynajdowaniu, pielęgnowaniu i zgłębianiu „nowych” teorii, koniecznie kontrowersyjnych, typu „płaska Ziemia”. Dlaczego muszą być one takie nieoczywiste i budzące skrajne oceny? Oczywiście z powodu generowanego w ten sposób szumu. A ten szum, jak każdy nadmiar, wcale nie jest dobry – bo wprawdzie potrafi dać znać o jakimś zjawisku i je uświadomić, ale też może zaciemniać to, co chcielibyśmy nazywać prawdą. Płaskoziemcy – przepraszam, to też ludzie, ale… – są dobitnym przykładem na to, jak bezsensowne i puste są ścieżki „poznania” niektórych osób. Żyję – co już samo w sobie jest cudem – na tej wyjątkowej planecie, w otoczeniu pięknej, choć czasem brutalnej przyrody, a co najważniejsze – kocham. Wszystko jedno jak i kogo, samo uczucie jest ważne, budujące, nieważne, skąd się bierze. A czy ta planeta, na której mieszkam, kręci się tu i tam, czy ma taki kształt, czy inny – co to dla mnie zmienia? „Co mnie to obchodzi” (cytat z Rousseau).

Tutaj znów wyłazi mój pragmatyzm, ale jakoś trzeba sobie radzić z owym szumem, z atakującymi zewsząd pustymi bodźcami. Podobnie jest u mnie z religią, pojęciem Boga – wiem, że (przynajmniej w trakcie ziemskiego życia) Go nie zrozumiem, nie wytłumaczę, nie ogarnę. I właśnie dlatego wiem, że On jest. Taki tam mały paradoks, ale każdy, kto  sensu życia szukał w rzeczach „pozazmysłowych”, będzie wiedział, o co mi chodzi. Owo podejście jest też w miarę wygodne – wyklucza miotanie się w domysłach, snucie jakiś teorii i uczestniczenie w sporach – to nie ma znaczenia dla człowieka żyjącego tu i teraz. Chyba, że ktoś to lubi, ale to zawsze będzie działanie zastępcze, znieczulenie w kontrze do jakiś wypartych „demonów„. Taki człowiek zmarnuje życie, umrze, jak każdy – i być może dopiero wtedy wszystkiego się dowie. Nie wcześniej, więc trzeba korzystać z tego życia – byle nie w rozumieniu opacznym, to jest wszelkiego hulania i oddawania się niepohamowanym swawolom, szczególnie, jeśli miałoby to się dziać z krzywdą (umniejszeniem) dla innych.

Dlatego osobom lubiącym wszelkie spory i drążenia, lansowanie jedynie słusznej prawdy, walczącym, „działaczom i aktywistom” oraz tym podobnym, nie polecam dalszej lektury tego wpisu, bo będzie on kompletnie nienaukowy i – jak dla nich – niczego nie wnoszący. Jednak dla ludzi z otwartymi umysłami przynajmniej zarysowujący się tu pewien kierunek będzie słuszny i być może inspirujący – niekoniecznie do dalszych badań, choć być może i to komuś byłyby potrzebne – lecz wręcz przeciwnie – w porę odwiedzie od czasochłonnych peregrynacji po tych śliskich rejonach, w obliczu uświadomienia sobie, że wiedza owa jest po prostu wrodzona, choć nieujawniona, bo nie ma i nie będzie nigdy miała praktycznego, wymiernego sensu w dobie szeroko pojętej sztuczności, technologii i transhumanizmu.

Skąd tytuł wpisu – dotyk? To nazwa zmysłu – mało docenianego ostatnio, bo tak się z kulturą i w ogóle cywilizacją porobiło, że zaufaliśmy najbardziej wzrokowi i pozostałym zmysłom, które są w pewnym sensie „zdalne”, zapośredniczone – jak słuch i zapach. Ba, zatraciliśmy się już prawie całkowicie w wyobrażeniach i abstrakcjach (idee). Natomiast dotyk (i w ogóle cała empiria w sensie zmysłowości bezpośredniej) schodzi na ostatni plan, wręcz jest celowo dewaluowany, jego znaczenie jest umniejszane. Wszelkie media, to zmora dzisiejszych czasów, sztuczna rzeczywistość. Inteligencja? Natomiast najbardziej bezpośredni ze zmysłów, dotyk, zaczął budzić wręcz strach, zaistniał w umysłach ludzi jako coś złego, głównie w stosunkach między „obcymi” ludźmi. „Zły dotyk”! Przerodził się wręcz w paniczny strach przed bliskością! (1) A to właśnie dotyk powinien być podstawą wszystkiego. Początkiem wszelkich interakcji. Symbolizuje to chociażby uścisk dłoni! W zasadzie – pomijając mentalną patologię – każdy dotyk jest dobry (oczywiście wykluczając użycie siły oraz wszelkich narzędzi czy sztucznych barier).

Wracając do biologii – komórki czuciowe znajdują się głównie w obrębie największego organu ludzkiego ciała – na skórze. Rozmieszczone są w różnych skupiskach – zupełnie nieprzypadkowo. W ogóle skóra to rzecz cudowna i wielofunkcyjna. To cały świat – w mikro i w makro skali. A bezpośrednio pod skórą mamy drugi co do wielkości i równie ważny funkcjonalnie wytwór zwany powięzią. Wraz z układem nerwowym tworzą one niesamowite… możliwości, które posiadamy tylko my, ludzie. Zwierzęta nie. Owszem, mają podobne zmysły, ale też i takie, których my nie mamy, na przykład „widzenie” w podczerwieni u niektórych węży. Jednak tylko u ludzi powszechnie występujący w przyrodzie zmysł dotyku oparty na kontakcie bezpośrednim – czy to z przeszkodą, czyli obiektami nieżywymi, czy z innymi istotami – jest aż tak ekstremalnie rozwinięty. Pojawia się też pytanie dlatego jesteśmy, w przeciwieństwie do małp, uważanych za naszych przodków, pozbawieni futra?

Dotyk – czy to w obrębie skóry wyposażonej w naskórek, czy tym bardziej tam, gdzie mamy do czynienia z błoną śluzową – to nie tylko przewodzenie sygnałów czuciowych. To także wymiana, nazwijmy ją „chemiczna”, obejmująca wszelkie substancje, od prostych związków nieorganicznych (sole), ale także te organiczne, bardzo skomplikowane, niekiedy wręcz autonomiczne organizmy, jak bakterie, ale również kody genetyczne – i to nie tylko te zamknięte w wirusach! I nie zawsze musi być to interakcja bezpośrednia, czyli wnikanie, przenikanie, zarażanie; ale również taka, która zachodzi na drodze zjawisk z pogranicza oficjalnej nauki, tam, gdzie w użyciu są określenia: „homeopatia”, „pamięć wody”, „stan splątany”. Wchodzi już w obszary, którymi zajmuje się ezoteryka, a nawet fizyka kwantowa. Ale – wracając do pozostałych zmysłów – przecież skóra ma też zapach (wliczając w to tak zwane „feromony”), oczywiście wygląd, smak jak najbardziej. Słuch? Też się zdarza. Słowem – ogromne to pole do komunikacji.

Wśród tej całej orgii sygnałów przemykają się kompleksy (w sensie tworów powstałych z połączenia kilku czynników, składowych, jak zwał, tak zwał) genetyczne. Trochę zakłócane, a może i wzmacniane, przez związki chemiczne występujące na skórze naturalnie i w sposób nabyty oraz, rzecz jasna, bakterie, które niestrudzenie pracują przetwarzając owe związki. Niewątpliwie wszystko to tworzy pewien „chemiczny” obraz, którym ludzie wchodzą w interakcje ze sobą. Może to wieść ze sobą skutki pozytywne, jak i negatywne, ale przez setki pokoleń nasz gatunek (hmmm, nie jeden?) nauczył się je bezbłędnie identyfikować i wykorzystywać. Albo inaczej, bo „wykorzystywać” to złe słowo – używać z obopólną korzyścią. Nowoczesna nauka to potwierdza – czy chwała jej za to, nie wiem, bo i tak przecież każdy człowiek to „wie” że nie ważne są słowa, nie ważna jest nawet tak przeceniana w wielu publikacjach dotyczących komunikacji (w tym w „biznesie”) tak zwana „mowa ciała”. Ważne jest tylko to pierwsze wrażenie będące natychmiastowym i pełnym zdekodowaniem genów. Tak tak… Często nieuświadomionym, wypieranym. W każdym razie – ono samo nie kłamie, tylko my, jako sprytni odbiorcy, możemy próbować się oszukiwać, coś racjonalizować. Do czasu, do czasu.

Tym bardziej, że jest to też jeden ze składników… zakochania – zapoczątkowania procesu przekazywania dalej najkorzystniejszych genów. Co ważne – nie mam tu na myśli tylko prokreacji, rozmnażania. Tu chodzi też o zapładnianie w sensie platońskim. Dochodząc do sedna – jednym z najważniejszych genów, i to w każdych warunkach, czy prokreacji, czy też po prostu długiego, owocnego życia, jest IRF4 odpowiedzialny za regulację interferonu (celowo używam tu bezpośredniego tłumaczenia z języka angielskiego, żeby wykluczyć błędne interpretacje i wyrwania z kontekstu). Osoby posiadające ten gen cechują się, poza niesamowitą odpornością na infekcje, również pewnymi szczególnymi cechami wyglądu. Niektórzy twierdzą (celowo używam tu początku zdania z kultowych „Ancient Aliens”), że ów gen pochodzi od pradawnej rasy, „zrodzonej, a nie stworzonej”.

To ciekawe, bo tak krytykowałem media, szczególnie te bazujące na wzroku, ale kiedy człowiek dajmy na to spotka bezpośrednio jakąś osobę i na poziomie „nieświadomej” wymiany sygnałów chemicznych zidentyfikuje ją jako rokującą na świetny związek (nie tylko mentalny), to później widząc podobną na zdjęciu czy filmie będzie reagowała prawie tak, jak za tym pierwszym razem. To, że mózg tak działa, jest już oczywiste – w epoce zabaw z fMRI.

Dobrze, ale miało być o dotyku. Będzie – podejrzanie krótko, biorąc pod uwagę przydługie powyższe wprowadzenie, więc może to pointa, z definicji krótka, bo ma zapaść dobrze w pamięć? Otóż: kontakt bezpośredni osób, które identyfikują się chemicznie „pozytywnie”, czyli rzec też można „przyszłościowo i rozwojowo” równie pozytywnie wpływa na ich geny (włącza i wyłącza, raczej nie tworzy, ale potencjał i tak jest ogromny). Im kontakt bardziej bliski, tym oczywiście ten wpływ rośnie – logarytmicznie! A że jest to też powiązane z duchem, kosmiczną jednością i tak dalej – chyba już nie muszę tłumaczyć. Wiele z tych założeń podanych jest w sposób metaforyczny w bardzo starych, świętych księgach – dopiero teraz zaczynamy to odkrywać, ale to nadal jest tylko świtanie; coś dzwoni, choć nie wiemy, w którym kościele. Wiem wiem, pisałem na początku, że to nieważne, skąd pewne rzeczy się biorą. Ale – takie czasy – kiedy to przestaliśmy słuchać siebie i innych „z głębi”, też holistycznie, a zaczęliśmy działać powierzchownie. Dlatego niektórym osobom, zagubionym już nieco, takie wytłumaczenie zapewne jakoś się przyda. Konkluzja? Dotykajmy się! Jak najwięcej i jak najczęściej. Spajajmy się, w miarę potrzeb i możliwości, zawsze i wszędzie. Tylko to jest tak naprawdę ważne – dla naszego przetrwania i prawdziwego postępu – nie technologicznego, bo to ślepa uliczka, tylko biologicznego, duchowego, „niematerialnego” (2). Nie bójmy się, że „baza wirusów została zaktualizowana”, albo „co ludzie pomyślą”.

***

(1) Lęk przed bliskością może być też owocem mechanizmu podobnego do przekory, rodzącego się wskutek przesunięcia pewnych zachowań czy działań na skrajny biegun – tu konkretnie jest to (kompletnie niepotrzebne i sztuczne) funkcjonowanie ludzi w dużych skupiskach (miasta) i wąskich przestrzeniach (autobusy, windy). A jako że jest to realizowane jakby „na siłę”, to i powoduje „silną” reakcję przeciwną. Unikam. Szczerze. Wolę jeździć rowerem (samochodem też się zdarza) niż autobusem czy pociągiem, chodzę po schodach, zamiast dzieńdobrać w lustrzanej kabinie. Nie to, że jestem odludkiem. Po prostu wolę wchodzić w interakcje niewymuszone, świadom, że inaczej zabraknie na nie miejsca.

(2) Od zawsze krytykuję materializm, tymczasem, jak się okazuje, wszystko jest w najszerszym pojęciu i sensie wymierne, „materialne”. Pierwiastki, żywioły, duchy, zawsze „coś” powstaje z „czegoś”, nawet jeśli są to tylko formy i przemiany energii. W końcu:

E=mc²

***

A te swoje nanorurki, to niech sobie pan Kurzweil wsadzi.

Jedna uwaga do wpisu “Dotyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s