Krzyż

Nie wiem.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś pójdę do kościoła. Po ostatniej homilii w mojej parafii. Nawiązanie do Sodomy i Gomory, modlitwy „Ojcze Nasz” było oczywiste, ale ksiądz mówił też sporo o cierpieniu tu, na ziemi. Że przeżywamy ból, dźwigamy krzyż, żeby później w niebie mieć wspaniale i cudownie. Abstrahując od tego, co miałoby tam być takie świetne, lepsze niż za pierwszego życia, to obce mi jest takie podejście, że teraz przeżywam katusze, żeby kiedyś mieć lepiej. Głównie dlatego się z tym nie zgadzam, że nie chcę w tej kwestii pozostawać sam dla siebie. Natomiast nie byłoby problemu, gdybym miał pewność, że moje cierpienie powoduje, że ktoś inny dzięki niemu ma lepiej, tu i teraz. Coś za coś. Ktoś musi cierpieć, by radował się ktoś.

Może wrócę.

Może to było tylko takie proste tłumaczenie dla prostego ludu, któremu jest trudno, który chciałby mieć nadzieję, że wszystko się obróci na lepsze, że jest jakiś sens – choć odległy. Pewnie większość ludzi tak ma. Szkoda, bo w ten sposób potencjalnie popada w nihilizm, zamiast działać – czeka, bo kto wie, czy działanie nie przyniesie cierpienia, lepiej się nie wychylać? Ale przecież Jezus, choć wiedział, co go czeka, działał do końca. I nie robił nic dla siebie. Absolutnie nic. Nawet nie chciał być czczony, wielbiony – w tych tematach zawsze odsyłał do Boga Ojca. Maryja (cały czas zgodnie z ową homilią) też cierpiała. Przeżyła śmierć syna, a ona nie wiedziała z góry, że tak właśnie będzie. Po prostu robiła wszystko dla swojego dziecka – tak jak powinna się zachować każda matka. Nie myślała, żeby mieć „czas dla siebie” itp.

Poświęcenie.

Ciekawe, że nie tylko lud prosty opacznie rozumie sens życia. Znamy z historii wielu światłych ascetów, którzy celowo zadawali sobie ból licząc na większą nagrodę w Niebie. Przepraszam wszystkich świętych, znaczy może nie wszystkich, ale spore grono mnichów, pustelników, palowników. Do tej pory w klasztorach (może to „piękna tradycja”) obowiązują jakieś „reguły”, bardziej lub mniej ścisłe; albo śluby – milczenia na przykład. Lub też poza klasztorami – śluby czystości – kiedyś modne nawet wśród władców. Toż to śmierć za życia. Do tego bezsensowna. Przecież tu nie chodzi o cierpienie samo w sobie, tylko o poświęcenie, oddanie czegoś za coś, ale nie dla siebie, tylko dla drugiego człowieka – o tym jest cały Nowy Testament. A jeśli już umrzeć nie dla kogoś, to za wiarę.

Męczeństwo.

Zostać męczennikiem bez „widowni” to żaden wyczyn. Nawet islamiści nie zabijają się w ciszy opuszczonych oaz pustynnych – choć dziś, chociaż chcieliby ukryć swój czyn, to i tak media wszystko wyśledzą. Nie o to chodzi. Celem jest zwrócenie uwagi (jak zawsze), danie przykładu innym, zarażenie swoją postawą. Ja też chodzę do kościoła i mówię o wierze trochę dlatego, żeby podtrzymać ten system, który wielu osobom pomaga, nawet jeśli nie „fizycznie”, to mentalnie, czują się lepiej uczestnicząc w „czymś”, mając jakiś „cel”. Niestety większość nas w tym systemie funkcjonuje tylko powierzchownie lub od święta. Nie jest problemem, jeśli ktoś ma tego świadomość, gorzej, jak powtarza pewne rytuały bezmyślnie, traktując je jako magiczne.

Porzucenie.

Często, gdy w życiu nam coś nie wychodzi, ba, wręcz przeżywamy jakąś tragedię, będąc przy tym wierzącymi i praktykującymi, to za swoje nieszczęścia obwiniamy „górę”. Bo On jest przecież wszechmogący, dlaczego więc robi z nas kolejnego Hioba? Akurat z nas, a nie z sąsiada? Co i komu chce udowodnić? Jeden taki przypadek w historii nie wystarczył? Wtedy czujemy się oszukani. Przecież chodzimy do kościoła, na tacę wrzucamy papierowe pieniądze, byliśmy nie raz w Częstochowie i podobnych miejscach, a przez cały październik odmawiamy różaniec. Choć wcale nie musimy, przecież jesteśmy wolni. Koniec końców, zdezorientowani, stłamszeni, odwracamy się od Boga. Katolicyzm jest trochę sam sobie winien, bo latami budował taki, a nie inny system, rękami hierarchów pożądających władzy. Nauczyliśmy się roszczeniowej postawy. Chciał to zmienić Luter, ale popełnił podobny błąd – przyjął ludzką perspektywę, a właściwie – jak twierdzą niektórzy badacze – własną.

Denisowianie i inni.

Wciąż chcemy więcej, chociaż tak naprawdę wszystko mamy, od początku. Większość z nas przynajmniej – dwie nogi, dwie ręce, głowę, sprawne zmysły i piękne ciało. Możemy kochać, możemy się dzielić, pomagać; przeżywać wspólnie radość i przyjemność. Ale nie. Podczas gdy jedni nastawili się na gromadzenie rzeczy, niepotrzebnych, inni znów żyją minimalistycznie, w odosobnieniu, czekając, ba, modląc się o lepsze jutro. I tak źle, i tak niedobrze. Powtarzamy schematy rodziców, dziadków, społeczeństw. Boimy się wyjść-poza, bo tak było zawsze… Jakie zawsze? Kilka tysięcy lat? Całe nic. Poprzednie, zniszczone cywilizacje żyły setki tysięcy lat, o wiele prostszym i szczęśliwszym życiem. A i tak nie ominęła ich katastrofa – przypadkowa. Nie kara, za „grzechy”. Nie robili nic złego. Nie krzywdzili się. Po prostu cieszyli się tym co mają. A my – nie umiemy. Więc może rzeczywiście należy nam się kara?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s