Mądrość i emocje

Wszyscy to wiemy.

Jaka jest różnica między mądrością i wiedzą, które zresztą wraz z rozumem należą do grupy siedmiu darów Ducha Świętego? Pozostałe, to: rada, męstwo, bojaźń boża, pobożność *). W zasadzie kolejne wynikają z pierwszych trzech, a tak na prawdę z pierwszego. Czym jest więc owa mądrość? Tak, to połączenie całej reszty. I można mówić o wielu ścieżkach prowadzących do mądrości. Pójściu nimi sprzyjają pewne cechy osobowości, nie każdemu dane w równym stopniu, ale tak naprawdę osiągnięcie tego stanu wymaga również czasu. Rodzimy się z jakimś talentem, w określonym miejscu i czasie, w danym otoczeniu – w sensie innych ludzi. Od dziecka mamy więc tylko jedno zadanie. Czego nie każdy jest świadomy nawet pod koniec życia, a jest to „misja”, wydawałoby się, dość prosta i oczywista. Nie dać się zwariować!

Dystans.

Do naszego „centrum zarządzania” ulokowanego teoretycznie między uszami docierają ogromne ilości – szczególnie w dzisiejszych czasach – informacji, ogólnie wszelkich wrażeń, bodźców. Na część z nich reagujemy automatycznie (podświadomie), przy czym brak reakcji jest również reakcją – o tym należy pamiętać. Ale mózg, to nie wszystko. W kulturze indyjskiej przyjęło się, że mamy siedem tak zwanych czakr, miejsc koncentracji określonych typów energii. Coś w tym jest, gdyż oprócz jednostki centralnej mamy przecież inne ważne organy, gruczoły, a wszystko oplata układ nerwowy, taki mózg rozproszony, a do tego niedawno zrozumiana i doceniona tkanka łączna, jaką jest powięź. Intensywnie bombardowani z zewnątrz musimy zachować ów wspomniany na wstępie dystans. A jest on niczym innym, jak filtrem wycinającym te impulsy, które się na przykład powtarzają, nawarstwiają. Normalny mózg to dobrze kontroluje, zapisuje, szufladkuje, tworzy schematy. Świetnie, jeśli to dotyczy rzeczy codziennych, nienowych, ale co z takimi, które nie pasują do owych schematów. Oczywiście ewolucyjnie liczy się szybkość, więc nasz automat stara się dopasować nowy impuls do starych wzorców. Oczywiście robi to źle, a my zamiast zareagować dobrze robimy to zbyt szybko i często nieadekwatnie. Kluczowy jest tu znowu czas – musimy jakoś go sobie „kupić”. A przy tym – zachować spokój. To wymaga treningu – jak zresztą powszechnie wiadomo. I sprzyja temu zawsze jakaś forma medytacji. Modlitwa też nią jest!

Nie boję się.

Nic nie jest mnie w stanie zdziwić czy zaskoczyć, bo mam za sobą rodzaj mocy, który czerpię nieustającym strumieniem z każdą sekundą życia – dlatego w miarę upływu czasu mam go siłą rzeczy coraz więcej, jednak ode mnie zależy, jak szeroki będzie to strumień. Jak bardzo będę otwarty. Jak powoli i dokładnie będę budował i dopasowywał swoje schematy, na ile będą elastyczne, niedokończone, czy będę znał inne możliwości bazując być może nie tylko na wiedzy swojej, ale też innych ludzi. A że ta wiedza nigdy nie będzie pełna, to zawsze muszę zostawić sobie możliwość zrobienia kroku wstecz. Doskonale się też sprawdza taki rodzaj reakcji, który obok jednego, podstawowego przebiegu buduje od razu kolejny, albo wręcz kilka. Jak w grze w szachy. Mam opracowane na kilka ruchów do przodu mnóstwo możliwych strategii, które być może zadziałają, a nawet jeśli nie, to warto je mieć, żeby zachować spokój. Tu czas tak bardzo się nie liczy, ale świadoma równowaga, to i owszem. Spokój ów to rodzaj przygotowania na najgorsze, takie poczucie i przeczucie. Pogodzenie się z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością nie jest wcale trudne, jeśli ma się świadomość celu.

Nie-ja.

Kiedy kocham, chcę, żeby to ta druga osoba była beneficjentem całej tej mocy dobra. Co się stanie ze mną – jeśli to nie umniejszy mojej miłości – nie będzie dla mnie ważne. Czy jest Bóg, czy jest piekło, czy niebo, czy tylko pustka. Cokolwiek. To nie jest nihilizm, że jest mi wszystko jedno. Po prostu każda sytuacja będzie w jakiś sposób korzystna. Wszystko jest powiązane, a ja muszę jedynie sobie uświadomić, że zdarzenia dzieją się najczęściej niezależnie ode mnie i jest w nich zawsze – oprócz cienia zagrożenia – iskra nadziei. Każda zmiana jest tak naprawdę dobra, pod warunkiem, że nie dążę do niej na siłę i nie chcę czegoś ustawić pod siebie, zmienić tylko dla siebie. Muszę dostrzegać innych. Być z nimi i w nich. Cokolwiek się przydarzy mnie, działa na innych i odwrotnie. Inni się dostosują, nie ma problemu? Otóż jest. To ja mam się dostosować. A jeśli trzeba, to nawet coś poświęcić. Życie? Owszem. Przynajmniej – będzie trochę bolało – jak zawsze.  Trzeba stawić temu czoła. Jak? Przez wyciągnięcie do poziomu świadomości wszystkiego co możliwe i niemożliwe, wyraźne i ukryte. Słuszne i niesłuszne. Rozpoznane i podejrzane. Pragnienia, potrzeby, marzenia – skąd się wzięły, dokąd mnie prowadzą, dla kogo, do kogo?

Emocje.

Nie tłumić. Nie wypierać. Nie okazywać bez potrzeby. Trzy zasady bardzo dla mnie ważne. Emocje zawsze są dobre, to nasz wewnętrzny wskaźnik, czy wręcz rodzaj komunikacji pomiędzy pewnymi układami naszego organizmu, bardziej lub mniej materialnymi, może nawet gdzieś na styku ciała i duszy. Emocje trzeba oswoić i wyrazić, zawsze w odpowiedniej formie – oczywiście, jeśli jesteśmy sami lub mamy przekonanie, że na nikogo negatywnie tym nie wpłyniemy (ktoś nam pozwala na to), możemy się drzeć, tupać i walić pięściami w ściany, wzdychać i płakać, cokolwiek. Dać emocjom się rozwijać, a nawet poprowadzić na tyle – ale tylko na tyle, żeby ujawniły swój autonomiczny cel i kierunek. To prosta droga do jungowskiej integracji nieświadomości ze świadomością. Oswojenia cienia. Wejścia w związek z własną animą bądź animusem. Podkreślam, że należy wyraźnie rozróżnić pomiędzy wyparciem, tłumieniem a okazywaniem emocji. Wyparte są nieświadome, dwa kolejne typy uświadomione. Te pierwsze są szczególnie groźne, gdyż prowadzą do zupełnie niekontrolowanych sytuacji. Tak więc – jeśli chcesz panować nad emocjami – co wbrew mitom psychologii wcale nie jest złe – musisz dążyć do integracji. Jeśli zdarza ci się wybuchnąć i sam nie wiesz dlaczego, potem żałujesz i przepraszasz, jeśli ktoś był świadkiem bądź adresatem jakiegoś strumienia złej energii, to znak, że tkwi w tobie jakaś drzazga, trauma, albo wręcz przeciwnie – niespełnienie. Ważne jest też, żeby mieć kogoś, z kim będzie można porozmawiać, podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat wewnętrznej burzy, opisać ją dokładnie, choćby miała wielkie zęby (bądź penisa). Tym kimś powinien być oczywiście ukochany, albo przyjaciel, a jeśli nie masz kogoś takiego tu i teraz – niech będzie to „bóg„. On cię zawsze wysłucha. A samo nazwanie emocji (nawet w takiej niemej rozmowie), to ogromny krok do ich uświadomienia sobie, oswojenia i – do czego przecież dążymy – dobrego ich spożytkowania.

 

***

*) Istnieją jeszcze tak zwane „owoce” Ducha Świętego, w zależności od interpretacji pisma i tradycji w liczbie od dziewięciu do dwunastu – są nimi: miłość, radość, pokój, cierpliwość, życzliwość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (według Ga 5, 22-23). Czyli – miłość przede wszystkim, reszta zależy od niej, tak jak w „darach” pierwsza jest mądrość.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s