Pan i sługa

Kompleks Sztokholmski.

Może nie będę się rozpisywał o tym konkretnym sformułowaniu – dlaczego tak się nazywa i tak dalej – ważna dla mnie jest tylko refleksja nad tą relacją, mechanizmem działania; jej przyczyną i skutkami. Ma ona rzecz jasna archetypowe korzenie w „zwierzęcej” zależności sługi, a nawet wręcz niewolnika, od swojego pana. W człowieku pokutuje wciąż niestety relikt zamierzchłych czasów ewolucji polegający na wykształcaniu uległości w stosunku do kogoś, kogo władza jawi się jako nieunikniona i niepodważalna. Dlatego nawet zakładnik, ofiara przemocy, zaczyna podświadomie identyfikować się ze swoim oprawcą.

Stary Testament.

Ktoś powie – „taka sytuacja występuje przecież w Starym Testamencie w stosunkach między Bogiem a jego narodem wybranym, nie mówiąc już nic o stosunkach między narodami, albo wręcz rodzinnymi”. Błąd. My to tak interpretujemy teraz, bo i zmanipulowani przez swoich przywódców Izraelici tak to interpretowali, ale Nowy Testament pokazał, że Bóg chciał i nadal chce zupełnie inaczej, że ta wcześniejsza księga była tylko zbiorem ostrzeżeń, listą błędów i wypaczeń, nie receptą na życie. Bóg oczekuje czystej, wolnej miłości, nie ślepego podporządkowania. Kościół katolicki doskonale to wie i wciąż o to walczy, aczkolwiek niestety i w nim trafiają się jednostki, które wykorzystują swoją pozycję dla własnych korzyści. A nic tak się w oczy nie rzuca, jak patologia.

Pies.

Popatrzmy jak to zwierzę przylgnęło do człowieka. Tak jak napisałem wcześniej – to dla pewnych gatunków naturalne. Jeśli jest stado, czyli grupa interesów, która chce być silna, to musi mieć wyznaczony kierunek. Wprawdzie każdy osobnik jest inny i ma własną wizję  i sposób na życie, ale osamotniony jest raczej bez szans w zetknięciu z – jak by nie patrzeć – dość brutalną naturą. A kluczem do sukcesu jest przetrwanie, bo co z tego, że jesteś piękny i dobry, jak zaraz ktoś cię upoluje i zje. Więc pies traktuje człowieka – jednego, wybranego – jako przywódcę stada. Człowieka silnego i stanowczego, pewnego siebie i konsekwentnego. Dlatego jeśli inna osoba, nawet z tego samego stada, rodziny, będzie ujawniała mniejszą uległość przywódcy – pies będzie nie z nią, tylko przeciw niej.

Koledzy.

Relacje koleżeńskie bywają różne. Idealna jest taka czysto partnerska, działająca w obie strony i na równych poziomach. Ale kiedy jeden z kolegów będzie miał kompleks niższości, to zrobi wszystko, żeby samemu się wywyższać, więc tego drugiego będzie ściągać w dół (jak w tym dowcipie o Ruskich w jednym z kotłów w piekle). Po prostu musi mieć przynajmniej jednego, nad którym będzie górował. Mądrzy ludzie oczywiście nie dadzą się takiemu tyranowi, ale znajdą się i tacy, którzy mają podobny kompleks do niego, choć są przy tym słabsi fizycznie i psychicznie, więc to, że się poddadzą będzie dla nich mniej istotne od tego, że ktoś ich jednak zauważa – choć traktuje jak ostatnią szmatę, depcze i tłamsi, to jednak robi z nimi cokolwiek, przynajmniej skupia na nich swoje działania – chore niestety. Tutaj też łatwo można wpaść w uzależnienie – w mózgu kształtują się pewne struktury, które już nie chcą, nie potrafią inaczej. Jak u alkoholika.

Nowy.

Nie żyjemy na pustyni ani w głuchym lesie, więc na taką parę kolegów zazwyczaj trafia kolega kolejny, który też chciałby wejść w miłą relację, jednak darzy większym uczuciem tego tłamszonego. Co się wtedy dzieje. Nawet jeśli tyran tego w porę nie zauważy i nie zniszczy konkurencję, żeby broń boże nikt go jedynego podnóżka nie pozbawił, kłamiąc i manipulując podwójnie, a choć uczucie tego nowego jest totalnie szczere i czyste, na zasadzie opisywanego przeze mnie wcześniej prawa podobieństwa i podziwu, to niestety właśnie ten tłamszony przez swojego tyrana pierwszy kolega będzie odrzucał tego nowego. Może być też tak, że zaakceptuje go wstępnie wtedy, jeśli tamten okaże poddaństwo tyranowi. Jednak ta relacja się nie utrzyma, bo zaraz po tym ten nowy stanie się dla tego nowego konkurentem, a więc najgorszym wrogiem. Reasumując – tworzy się błędne koło – co jest ostatecznym dowodem na to, że ta relacja od początku jest chora.

Świadomość.

Wracając do tematu świadomości zbiorowej zwierząt. Tak funkcjonują, ponieważ ich jedynym sposobem na przedłużenie gatunku jest rozmnażanie i utrzymanie przy życiu jak największej liczby potomstwa. U ludzi jest inaczej. Mamy również świadomość jednostkową i jedyną szansą naszego przetrwania jest wiedza – gromadzona przez jednostki tak samo z własnego doświadczenia i obserwacji, jak również na drodze wymiany z innymi. Oczywiście przekazywana następcom. Widać tu znów wyższość relacji mistrz-uczeń, która przekreśla poddaństwo i wyzysk, relację pan-sługa. Niestety niektórym chyba jest łatwiej ulegać – bo nie muszą myśleć – i poddać się woli pana. Może jest to i wygodne, daje jakąś gwarancję w miarę bezpiecznej egzystencji, ale człowiek staje się wtedy tylko żywicielem pasożyta, wspiera wrogi ludzkości model, który rozprzestrzeniając się doprowadzi ją do zguby.

Obrzędy obrzędów.

Należy dbać szczególnie o to, żeby wiedza była uniwersalna i prosta, prowadząca do powszechnego szczęścia i radości. Nie ukrywana, maskowana pod alegoriami, obrzędami, rytuałami. dostępna tylko dla wtajemniczonych. Same rytuały często na skutek ich zewnętrznej dostępności żyją dłużej, niż ukryta pod nimi wiedza. Poza tym niej samej może tam wcale nie być, tylko umiejętna manipulacja mająca przekonać innych do istnienia jakiejś tam szczególnej tajemnicy. To jest rak, cień złej relacji pan-sługa na pięknym ciele stosunku mistrz-uczeń. Powstał wskutek działania jednostek słabych, które przy tym myślą tylko o sobie, nie widzą swojego sukcesu w kooperacji – bo i nie potrafią wykształcić tego rodzaju pozytywnej zależności – mają kompleks niższości. Do tego często brakuje im empatii. Więc to nawet nie jest rak, tylko wirus, bo takie działanie z pozoru wydaje się być atrakcyjne, skutek widać od razu, jest szybki zysk…

Wirus?

A tak w ogóle, to skąd się wzięły wirusy – co to za dziwny typ, bo to nawet nie stworzenie? Rozprzestrzenia się i jednocześnie niszczy, zabija swoich żywicieli, a przecież finalnie, gdyby rzeczywiście okazał się skuteczny – nie miałby już na kim się szerzyć, a więc i on sam upadł by w nicość. Gdzie sens? Tego badacze jak do tej pory nie odkryli i pewnie nigdy nie odkryją, bo szukają nie tam, gdzie trzeba, tylko na poziomie materialnym. Ja też tego nie rozumiem i nawet nie będę próbował tego wyjaśniać – dla mnie osobiście jest to też dowód na to, jak mało jeszcze wiemy o świecie, który nas otacza, tym widzialnym i dotykalnym, nie mówiąc już nic o pozazmysłowym.

Wzajemność.

Jednak – wirus hołduje chyba zasadzie – w kupie siła, i to taka, która kompletnie wyrwała się spod kontroli, jest jak pożar… Właśnie… Czyżby wirus był takim pożarem bez płomieni, czymś, co funkcjonuje jako naturalny selektor i eliminuje jednostki słabsze, pozostawiając tylko te, które stawią opór i pójdą dalej? To chyba jest też sedno rywalizacji, a więc totalnej walki – także na śmierć i życie, bo pokonany zmniejszy czy wręcz straci swoją szansę na przekazanie dalej swoich genów. Ale człowiek, to nie zwierzę, już nie. O tym musimy pamiętać. My nie przekazujemy już tylko genów. Przekazujemy idee. Tylko wzajemność nam to umożliwia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s