Odrzucenie

Na początek – trochę statystyk.

Wielu dorosłych cierpi z powodu traum doznanych w dzieciństwie. Dużo się mówi szczególnie o molestowaniu seksualnym, a że jest to temat powiązany również z kościołem katolickim, tym bardziej chętnie sięgają po niego aktywiści z kręgów kultury krytyki, (po)nowocześni zbawcy ludzkości. Okazuje się, że fakty – poparte oczywiście badaniami – są takie, iż powodem tych dysfunkcji u dojrzałego człowieka, które wynikają z różnych traum w dzieciństwie, tylko w dziesięciu procentach przypadków jest molestowanie noszące znamiona seksualnego – choć nie zawsze rzeczywistego i pełnego – o tym w kolejnym wpisie; kolejne dziesięć procent to zdarzenia losowe o tragicznych skutkach – śmierć bliskiego lub inna większa czy mniejsza strata; natomiast aż osiemdziesiąt procent cierpiało z powodu jakiejś formy zaniedbania, odrzucenia.

Największy problem człowieka.

Najgorszy wirus, zaraźliwy jak dżuma i cholera razem wzięte. Dotknięta nim osoba – kiedyś odrzucona – teraz odrzuca innych. Szczerze kochających. Robi to nieświadomie – najczęściej – gdyż nie ma innego wzorca, albo po prostu mści się na innych za swoje przeszłe krzywdy. Często zatraca się w chorej miłości do obiektów nieosiągalnych – ma wtedy niejako pewność, że nie zostanie odrzucona. Odrzucenie odciska trwałe piętno, szczególnie na słabszych psychicznie jednostkach, które nie potrafią sobie zracjonalizować pewnych zdarzeń lub przedwcześnie się poddają, więc zaraza ta się szybko rozprzestrzenia stając się największą tragedią naszych czasów. Sprzyja temu dodatkowo dzisiejsze rozproszenie, namnożenie bodźców i sztucznych kierunków kompensacji. Człowiek zamiast przepracować swoje słabości ucieka w różne substytuty – tak emocjonalne, jak i rozumowe – tracąc czas, tracąc siebie. Hamując swój prawdziwy rozwój oddaje się różnym (zapożyczonym): przyzwyczajeniom, rytuałom, obrzędom, a nawet „pasjom”, których większość tak naprawdę nie prowadzi do tego, do czego powinna, do czego została stworzona – do rozwoju, do przekraczania kolejnych granic.

Nie zasłużyłem.

To kolejna „technika” stosowana przez odrzucającego. Technika stosowana świadomie lecz napędzana nieświadomym pragnieniem samozniszczenia. Dotknięty nim człowiek tłumaczy sobie wcześniejsze odrzucenia tym, że pewnie sobie nie zasłużył na uwagę – jakikolwiek jej przejaw – od przelotnego spojrzenia z drobną iskrą zainteresowania, aż do całkowitego podziwu (miłości). Kiedyś w jego mózgu powstał taki schemat, więc teraz robi wszystko, żeby dopasować do niego cały świat. Musi tkwić w tym schemacie, bo jego złamanie oznaczałoby wejście na nowy teren, a więc zagrożenie. Tak działa mózg, niestety, i ciężko to zmienić. Niektórzy uciekają się do prób skierowania na siebie hejtu – co wydaje się być dla nich ukoronowaniem ich wysiłków, takie „dwa w jednym” – jednocześnie zwrócić uwagę i przyciągać do siebie zniszczenie – co jest oczywiście ruchem po spirali, tylko zamiast w górę, to ciągle w dół i w dół. Przychodzi łatwo w dzisiejszych czasach powszechności i otwartości mediów, anonimowości. Czy jest szansa odbić się od dna? Tak, ale na pewno nie będąc samotnym.

Trzeba się zderzyć.

Kochając taką osobę stajemy twarzą w twarz z problemem, który przeszedł niejako z niej na nas. Trzeba z tym jakoś żyć. Nie jest łatwo, bo nadejdzie moment, że będziemy musieli zdecydować, czy brnąć w taką współzależność, mimo kłód rzucanych pod nogi i próbować jednak pomóc drugiej, dotkniętej traumą osobie (tu wymogiem jest bezgraniczna miłość i oddanie, w zasadzie pełne poświęcenie, nie tylko zwykłe współczucie czy misja); czy też po prostu nie tyle odwrócić się i pójść w swoją stronę (mając tylko tę cenną dla własnej psychiki świadomość zrobienia wszystkiego leżącego w naszej mocy), co się zatrzymać i patrzeć, jak ukochana dotąd osoba się oddala i znika gdzieś za horyzontem. I nie robić z tego powodu afery, palić mostów, tupać i uderzać rękami w stół. Zostać z nadzieją, że… jak kocha, to wróci. Jak zrozumie. Bo jeśli kocha i odrzuca – nie ma nic lepszego dla niej, jak pozwolić się… tymczasowo… odrzucić. Miłość zostanie – może kiedyś w końcu zwycięży.

Na tym świecie.

Kiedyś, może kiedyś, tylko kiedy? Odrzucany szybko godzi się z cierpieniem własnym, trwa, czuwa, jest, jednak najgorszą rzeczą jest współczucie, obawa o stan psychiczny odrzucającego. Odrzucony (tymczasowo) nie bardzo może pomóc, ewentualnie jakoś próbować działać jako „niewidzialna ręka”, usuwać kłody spod nóg, chronić bardziej lub mniej fizycznie (materialnie). Co się jednak wiąże z obserwacją, mimo wszystko, absolutnie nie z jakimś nadzorem połączonym z zazdrością, ale z życzliwą chęcią bycia „w razie czego”. Odrzucający cierpi jednak z powodu tego, że odrzucił, myśl ta jest uciążliwa o tyle, że teraz bije się z nią, nie wie co zrobić, wstydzi się przyznać do błędu. A jak już zdobędzie się na odwagę, czy w ogóle dokona się w nim jakaś kluczowa przemiana, i w końcu zda sobie sprawę, kogo tak naprawdę kocha i kto kocha jego – może być już u schyłku istnienia…

A jak nie kocha?

Jak najszybciej trzeba się uwolnić. Najmniejsza wątpliwość powinna dawać pewność. Nie ma co się pogrążać, rozprzestrzeniać tej zarazy, utrzymywać „związku„. Czas wyleczy ból, na początku pomoże nawet zwykły paracetamol. Trzeba wyjść do ludzi, uśmiechać się, zażyć ruchu – to czyni cuda, naprawdę. Klinicznej depresji się tak nie wyleczy, ale ta, to jednak rzadkość; poza tym łatwy wybór „diagnozy” dla hipochondryków i ludzi słabych psychicznie. A już na pewno nie można winić siebie. Jeśli ktoś cię nie kochał takim, jakim jesteś, to znaczy, że nie zasługiwał na twoją miłość, poza tym – nie wszyscy tak naprawdę potrafią kochać. Trauma po odrzuceniu jest częsta, ale zdarzają się też psychopatyczne osobowości, które ją potęgują, a więc istnieją osoby, które nigdy nie pokochają prawdziwą miłością, będą za to ją udawać, oszukiwać siebie i innych, co na szczęście stosunkowo łatwo zaobserwować… po jakimś czasie.

A w ogóle, to co to jest, to odrzucenie?

To lawina. Zaczyna się od małych, nazwijmy je, gestów, żeby potem przybrać na sile mogącej się równać już tylko z totalną katastrofą. Brak dotyku w okresie niemowlęcym, nawet brak karmienia piersią. Brak zainteresowania i jednocześnie brak kontroli we wczesnym dzieciństwie. Milczące obrażanie się mamy. Tato siedzący długo w pracy. Krzywe spojrzenia rówieśników. Kontakt z ludźmi wcześniej odrzucanymi. Tak jak napisałem na wstępie – prawdziwa epidemia. Jak ją zatrzymać? Wszyscy o tym mówią, tylko nikt zdaje się nie słuchać. Ja też już o tym pisałem, ale przypomnę:

  1. Ograniczyć tak zwane „obowiązki”. Zminimalizować „codzienność”. Spojrzeć na siebie z boku. Spisać rzeczy do zrobienia i zaznaczyć tylko te, które rzeczywiście są konieczne do zrobienia „na już”. Resztę zostawić, sama się zdeaktualizuje. Bo większość z nich, to tylko chwilowa ucieczka w rozproszenie. Można zyskać w ten sposób mnóstwo czasu na ruch, medytację, kontakty z innymi twarzą w twarz.
  2. Ograniczyć ograniczenia – masło maślane, może, ale trzeba radykalnie odrzucić wszystko, co w minimalnym stopniu zostało nam jakoś, kiedyś, gdzieś narzucone. Oczywiście możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, to już większy problem. Dlatego taka refleksja przychodzi w drugiej połowie życia. Stąd kryzys wieku średniego. Człowiek zdaje sobie sprawę, że żył życiem „innych”. I co teraz? Połowa ziemskiego czasu zmarnowana! Pamiętaj – nie pragnij niczego dla innych, zanim nie zdasz sobie sprawy, czego tak naprawdę sam pragniesz.
  3. Gadżety? Tak, ale tylko te ułatwiające realizację punktu 1, czyli np. automatyczny odkurzacz. Zakupy? W internecie. Książka, surfowanie po Internecie? Tak, ale tylko w autobusie w drodze do pracy.
  4. Znaleźć prawdziwą pasję, taką, którą można zarażać, dzielić się nią, przeżywać wspólnie, budować na jej podstawie nowe relacje.
  5. Kochać i być kochanym – wiem, to trudne, ale trzeba wciąż szukać tej drugiej połówki, albo po prostu dać się znaleźć.
  6. Emanować mocą! Być w świecie – choć myślami wysoko – to świadomością i ciałem twardo na ziemi. Być pięknym, nawet nie zewnętrznie, nie tyle „zadbanym”, bo sam Sokrates był ponoć tego przeciwieństwem, tylko wewnętrznie: otwartym, dostępnym, zachęcającym, inspirującym, żartującym, pytającym – słowem ciekawym świata i życia oraz jak najbardziej innych ludzi.
  7. A co za tym idzie – pochopnie nie oceniać, nie porównywać, nikogo za szybko nie przekreślać – ot poświęcać mu czasu na tyle, na ile sam o to prosi. Wzajemność – słowo klucz od czasów Konfucjusza – być nie tyle „dla„, co „w„. Taki mechanizm istnieje w przyrodzie i świetnie się sprawdza od zarania dziejów życia, to symbioza.

 

3 uwagi do wpisu “Odrzucenie

  1. Zawsze, gdy czytam takie wskazówki, myślę o fizyce: podstawy szkolnej fizyki zakładają maksymalne uproszczenia i zaniedbania („opór powietrza można zaniedbać” – nie chodzi o niedbalstwo) – czyli im bardziej oddalamy się od rzeczywistości, tym łatwiej możemy otrzymać teoretyczny wynik opisu zjawiska. Stąd przy każdej wskazówce myślę, że rzeczywistość pokonuje ją w większości przypadków małym palcem. Co nie znaczy, że są bezsensowne, tylko że każdy musi je przystosować i adaptować i naprawdę chcieć…

    Polubienie

    1. Racja, trzeba chcieć, ale najpierw zauważyć, jak bardzo jest się uwikłanym w codzienne rytuały i rytuałki, działania kompulsywne, zastępcze. J.J. Rousseau w „Emilu” pisał „jedyne przyzwyczajenie, jakiego naucz swoje dziecko, to brak przyzwyczajeń”.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s