Pierwszy lepszy

Albo pełen spontan.

Nigdy taki nie byłem – w sensie nie działałem spontanicznie – i patrząc z perspektywy czasu – to wiele razy był błąd. Oczywiście wykluczam tutaj spontany jakieś grupowe, zbiorowe szaleństwo powodowane mechanizmami powstającymi tylko w tłumie. Biorę pod uwagę jedynie zjawiska na styku potrzeby chwili i nadarzającej się okazji do wykorzystania. Kierunkujące sygnały, wręcz alarmy…

Czekać czy nie czekać,

oto jest pytanie. Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na nie. Może dlatego, że zawsze dokładnie wiedziałem na co czekam, miałem pełne – idealne – wyobrażenie. Wiem wiem, krytykowałem już to podejście życzeniowe do życia, ale człowiek ma coś takiego w naturze wbudowane wręcz fizjologicznie, co wynika z zasady działania mózgu – systemu szybkiego rozpoznawania zagrożeń i szans, o czym pisałem w jednym ze starszych wpisów.

Determinizm się kłania.

Ja tam w to nie bardzo wierzę, znaczy jestem gdzieś pomiędzy wolną wolą a determinizmem, natomiast niewątpliwie zdarza się – może z nadprzyrodzonej jakiejś woli – że jakiś tak zwany „zbieg okoliczności” sugeruje super łatwe rozwiązanie, które pojawia się akurat we właściwym czasie. Naukowcy wciąż twierdzą, że to niemożliwe, że przypadkowe korelacje są powszechne, robią badania obalające różne tezy, ale…

Coś w tym jest.

A że czekamy „bóg wie na co” (powiedzenie samo w sobie dużo mówiące); zamiast łapać to, co jest w zasięgu ręki, albo przedłużamy jakieś niekorzystne dla nas uwikłanie licząc na to, że jednak może coś się zmieni na lepsze; wynika z pewnego zaślepienia, tego naszego wrodzonego nastawienia idealnego. Chińska starożytna mądrość twierdzi, że korzystna jest stałość, że to właśnie będzie dla nas szczęście. Ale przecież dziś mamy nowożytność.

Wielość szans nas przerasta.

Fajnie mieć możliwości. Dobrze mieć pomysł na życie. Wspaniale, że są autorytety, wzorce, ba – wartości. Tylko czy na pewno to wszystko jest potrzebne? W obecnych warunkach pewnie tak. Bo łatwiej, szybciej, wyżej, dalej. Tylko po co? Rozwój? Czego? Przed czym uciekamy tak naprawdę? Ja już wiem. Szkoda, że dopiero po czterdziestce się zorientowałem, pewnie jak większość tych, którzy mają ten przełom za sobą, dotrwali go niego (a pozostali miotają się tak do końca życia).

Zen.

Wszyscy znani badacze z pogranicza filozofii i psychologii doszli do tego samego punktu, który na wschodzie nazywa się Zen. A jeszcze lepiej Ren. Dobrze, że zostawili po sobie dzieła, które wciąż jeszcze nie zostały spalone na stosach popkultury i komercjalizacji. Wystarczy poczytać klasyków: Williama Jamesa, Alberta Adlera, Ericha Fromma, Rollo Maya, C.G. Junga rzecz jasna.

Egzystencjalistów,

czyli prawdę piszących, a nie jakieś kołczująco-motywacyjne bajki dla potrzebujących znieczulenia. Piszących prawdę nieco smutną, ale czy kiedykolwiek los człowieka wydawał się być wesoły? Wydawał się… Wszystko się wydaje tak naprawdę, wszystko to gra, maska. Pytanie, czy chcemy grać w grę czyjąś, czy swoją? Samemu do tego trzeba dojść – niestety nie ma drogi na skróty. Nie ma terapii, nie ma pigułki. Jest drugi człowiek.

Nic nie planować.

Taka jest konkluzja. Zresztą o tym też pisałem. Można mieć te hipotetyczne plany A, B, C aż do Zet, być takim trochę szachistą, ale nie do końca, to znaczy nie trzeba aż tak się spinać. Wystarczy mieć świadomość swoich potrzeb (nie oczekiwań!) i gotowość na zmianę (zawsze korzystną!). Nie usztywniać się w regułach i zasadach – mieć je, ale jako ogólny szkielet, podporę, uniwersalne narzędzie, a nie klatkę, więzienie. No i w razie czego mieć gdzie się taktycznie i chwilowo wycofać. Dlatego…

Wiedzieć trzeba dużo,

ale nie fiksować się na tej wiedzy, chłonąć wciąż nową, przetwarzać, niszczyć, budować od nowa, znowu niszczyć. Ciągły ruch – ale we wnętrzu. Na zewnątrz – ZEN. Dyskusje tak, ale przede wszystkim słuchanie. Słuchanie samo w sobie, nie słuchanie się kogoś, jak dzieciom się mówi, żeby się słuchały dorosłych. NIE! Drogie dzieci. Słuchajcie dorosłych, owszem, korzystajcie z ich wiedzy, ale nie dajcie się sterować (i wykorzystywać). Okazujcie szacunek i posłuszeństwo, ale nie wierzcie w każdą bzdurę, którą usłyszycie.

Poglądy czy umiejętności?

Co lepiej mieć? Poglądy do niczego się nie przydadzą. Owszem, tworzą się spontanicznie (mózg je radośnie tworzy na potrzeby kontroli schematów adaptacyjnych) i są z nami, ale powinny być zawsze gotowe do zmiany. Co innego umiejętności. Tych trzeba mieć jak najwięcej, mało zmieniać i dużo ćwiczyć. Być coraz lepszym? Podobno Jeana Jacka Rousseau, który podkreślał znaczenie praktycznych umiejętności, pod koniec życia nurtowało głównie pytanie, które jednak nie doczekało się odpowiedzi – dlaczego człowiek tak bardzo zmienia się w podeszłym wieku? Odpowiedzią może być życiorys filozofa, w zasadzie pewnie każdego z nas.

Po prostu coraz bardziej stajemy się sobą.

Od dzieciństwa ustawiani, indoktrynowani, kierowani – realizujemy cele grupowe, społeczne – później z biegiem lat i z perspektywy mądrości, już nie tylko wiedzy, analizujemy to wszystko i dochodzimy do wniosku – traciliśmy czas. Tym bardziej, że tak zwany „los” podsyłał nam wciąż sygnały, o których pisałem wyżej, ale nie, ślepo i uparcie realizowaliśmy Większy Plan. Ale nie ma co żałować, że coś zrobiliśmy, a czegoś nie. Ścieżki są różne, ale zawsze prowadzą w tym samym kierunku.

Kryzys wieku średniego,

to wcale nie „kryzys”. To otwarcie oczu, nowe narodziny. Może dlatego ludzie teraz tak długo żyją – żeby mieć czas na siebie, dla siebie. Bo w epoce kamienia każdy się realizował od razu, od urodzenia w sumie, jeśli jakiś mamut go zbyt wcześnie nie rozdeptał. Później w miarę rozwoju kultury każdy człowiek najpierw był przez nią (kulturę) pochłaniany, potem wypluwany, co też niektórym niełatwo było przeżyć. W międzyczasie wiedziony wspólnym celem produkował wytwory cywilizacji, artefakty materialne i niematerialne, które następnie służyły podtrzymaniu pewnego status quo.

Rewolucje, wojny, przemiany –

w zasadzie przekierowywały tylko kapitał. Marks miał tutaj sporo racji. Także, że celem powinno być wyzwolenie – ale nie w sposób jaki sugerował ów myśliciel. Proces ten owszem, powinien być spontaniczny, ale jednostkowo, natomiast globalnie bardzo powolny. I tu podkreślam, że kierunek wytyczony przez szkołę frankfurcką jest dla mnie jednoznacznie zły. Głównie dlatego, że neguje istnienie nadprzyrodzonego i zakłada niszczenie.

Niszczyć,

jak pisałem wyżej, to można sobie własne wnętrze; na własną odpowiedzialność i potrzebę. Mam nadzieję, że był (cholera, wciąż jest) to tylko etap przejściowy (końcówka już chyba, dlatego tak ekstremalna w poglądach), wahnięcie w „drugą stronę”, a teraz powoli wszystko zacznie wracać na środek.

Złoty.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s